Silweretta Amyndas
SAKAR
1990 XX

Sakar - portret


Był rok 1992, Sakar - spokojny i cichy źrebaczek zjawił się w naszym klubie. Na obozie w Sierakowie mówiono o nim "Misiu", bo tak się tulił do ludzi. Jednak bardzo szybko pokazał, że jest źrebakiem szczególnym. (W związku z pewnym pytaniem, które mi zadano, tu wsadzam nawias i pewne dodatkowe informacje.) Zapisał się w historii klubu na wiele sposobów. Jego fenomen przejawiał się nie tylko w pozytywnych zachowaniach, równie szybko okazało się, że jest też nieprzeciętnie groźny. Dziki i szalony koń, który niczego i nikogo się nie bał(no może prawie nikogo). Koń, który gryzie i kopie, który powala i rozwala inne konie oraz ludzi(sam mam po nim trzy pamiątkowe blizny :). To dla niego uszyto specjalny kaganiec, kłopot polegał na tym, że trzeba było zdążyć mu go założyć. Był czas, kiedy klub, co tydzień musiał prosić weterynarza o wystawianie zaświadczenia, że koń nie jest chory na wściekliznę, aby poszkodowani mogli go przedstawić lekarzom. Weterynarz chciał nam zostawić kilka blankietów więcej, byśmy go nie męczyli co chwila.
To ta ciemna strona jego osobowości, ale Sakar to przede wszystkim koń magiczny, zasługujący na szczególną uwagę. Cechowała go niesamowita odwaga, piekielna siła, szybkość i skoczność oraz niezwykła determinacja w poczynaniach charakterystyczna dla wielkich sportowców. Konia tego formatu już raczej nie będziemy mieli w Klubie. To on był tym, który zapewniał klubowi przez całe lata zwycięstwa w niemal wszystkich zawodach, pozbawiając nadziei na zwycięstwo jeźdźców wszystkich rekreacyjnych klubów Krakowa. W zawodach klubowych zwycięzcę typowano w zasadzie przez losowanie przydzielając mu Sakara, potem zostawało już tylko nie przeszkadzać. Wszystkim pozostanie w pamięci wspaniały skok Tomka Powroźnika na Sakarze w rozgrywanym na Błoniach konkursie potęgi skoków. Ja na pewno nie zapomnę do końca mych dni, niesamowitego popisu, jaki dała ta para uciekając na jednym z Krakowskich Hubertusów - to był prawdziwy majstersztyk, który powinien zostać nagrany i pokazywany jako wzorcowy sposób uciekania. W klubie to też on był etatowym "lisem", a jeśli nie uciekał, to wiadomo było, że ten, kto na nim goni, będzie lisem za rok.
Sakar to nie tylko wygrane zawody, czy Hubertusy i wszyscy, którzy jeździli na nim w latach jego świetności przychylą się chyba do mego zdania. Wielu pamięta przecież jeszcze te wszystkie niezwykłe tereny. To było niesamowite uczucie, to jak zasiadać w bolidzie formuły 1, czuło się pod sobą tą maszynerię, a prędkość wyciskała z oczu łzy. Jednocześnie swoją stabilnością i sprawnością zapewniał pełen komfort jazdy. Niesamowita odwaga sprawiała, że można było z nim wjechać praktycznie wszędzie. Pamiętam doskonale pewną wspinaczkę czarnym szlakiem w Dolinie Kluczwody! A jeśli już o szlakach mowa, to nie mógłbym zapomnieć o Sakarze na rajdach - w końcu kilka przejechaliśmy wspólnie. Szczerze mówiąc chwilami to on prowadził, drogę znał doskonale, choć z mapy nie korzystał. Pamiętał skrzyżowania, pamiętał miejsce popasów, noclegów, pamiętał, gdzie pił wodę ze studni przed paroma laty - miło się razem szło przez świat. Szkoda, że odszedł z naszego klubu! Mam nadzieję, że tam gdzie trafił, będzie mu dobrze, bo zasłużył na dobrą emeryturę.

GALERIA Sakar w pełnej krasie